plaża

Bez fajerwerków

Bez fajerwerków

Tak bardzo chciałabym napisać o tym, jak wspaniale spędziliśmy czas w Izraelu: jak grzejąc się w promieniach prażącego słońca biegaliśmy po plaży, jak jedliśmy lody i włóczyliśmy się radośnie po mieście, o tym jak było magicznie i cudownie. Ale nie było. Niestety. Tel Awiw nas pokonał. Pierwsze dwa dni, mimo jesiennych temperatur, wiatru i pochmurnego nieba, były naprawdę udane. Rzeczywiście chodziliśmy po mieście, próbowaliśmy pysznych, bliskowschodnich przysmaków i odpoczywaliśmy na zielonej trawie. Sam Sylwester, tak jak się spodziewaliśmy, nie był hucznie obchodzony, więc spędziliśmy fantastyczny, zupełnie nieimprezowy wieczór, ciesząc się oświetloną światłami miasta plażą i słuchając szumu morza. Drugiego dnia wieczorem, sytuacja jednak zmieniła się diametralnie. Pojechaliśmy do naszej couchsurfingowej rodzinki, gdzie początkowo wszystko układało się dobrze – przyjęli nas fantastyczni Noa i Tsahi, z którymi przegadaliśmy całe popołudnie w czasie, gdy czteroletnia Tamara i nasz syn jedyny zajęli się zabawą. W pewnym momencie jednak Maleństwo dziwnie osłabło i chciało iść spać. Zanieśliśmy je do łóżeczka Tamary, a dwie godziny później dostało wysokiej gorączki, która nie opuszczała je przez kolejne dni. Gospodarze dali nam leki na zbicie temperatury (błąd! mogliśmy od razu użyć naszych, przywiezionych z Polski), które niestety spowodowały wymioty. Kolejną dobę spędziliśmy na siedzeniu przy łóżku gorączkującego Maleństwa, a w czasie gdy spało, na rozmowach z naszymi zatroskanymi hostami. Akurat trwał Szabat, więc po doktora nawet nie dzwoniliśmy. Na domiar złego, mała Tamara i Noah następnego dnia też zachorowały. To była grypa. Czuliśmy się z tym wszystkim ogromnie niekomfortowo, ale jednocześnie bardzo wdzięczni, bo w sumie lepiej chyba było chorować w domu u dobrych, pomocnych ludzi, niż w wynajętym pokoju, zdanemu tylko na siebie.

Po dwóch dniach na Couchsurfingu, przenieśliśmy się do kawalerki znalezionej wcześniej na Airbnb. Wyglądała bajecznie, ale ponieważ Izraelczycy raczej nie wyposażają domów w centralne ogrzewanie, wszędzie biło chłodem. Najgorsze jednak było to, że gdy przyszliśmy akurat lał ulewny deszcz i… woda kapała wprost z sufitu na nasze łóżko! Warunki, delikatnie mówiąc, mało sprzyjające powrotowi do zdrowia. Przeciekający sufit był kroplą, która przelała czarę goryczy. Poddaliśmy się. Od razu przebukowaliśmy bilety i jeszcze tej samej nocy (czyli po czterech dniach wyjazdu) wróciliśmy do domu. Lotu chyba nie chcę pamiętać. Obydwoje dostaliśmy wysokiej gorączki i dreszczy, a stewardessa poproszona o pomoc, nie podała nam nic na zbicie temperatury, bo „nie może, przecież nie jest lekarzem”. Całe szczęście Maleństwo, po opowiedzeniu mu chyba stu bajek, zasnęło i mogliśmy skupić się tylko na tym, żeby jakoś dotrwać do końca. Gdy tej nocy wróciliśmy do domu, położyłam się w naszym łóżku jako chyba najszczęśliwsza osoba na świecie. Było ciepło, sucho, Maleństwo spało bezpiecznie obok, a ja myślałam tylko o tym, co dobrego będę mogła jutro przygotować na śniadanie.

Gdzie popełniliśmy błąd? Nie wiem, może to wizyta na Couchsurfingu była powodem choroby. Tamara kilka dni przed naszym przyjazdem chorowała, ale wydawało się, że jest zdrowa, nawet chodziła już do przedszkola. I wątpliwe żeby choroba mogła rozwinąć się tak szybko. A może to kwestia chłodu w domach, albo wietrznej pogody? Pozostaje nam gdybanie. Coś poszło nie tak. Nie każda wyprawa jest cukierkowa, pełna uśmiechów na tle wodospadów i bajkowych zachodów słońca. Nie każda się udaje. Ta była dla nas pierwszą, którą musieliśmy przerwać i mam nadzieję ostatnią. Czy zraziło nas to do podróżowania z dzieckiem? Oczywiście, że nie. Tyle udanych wyjazdów za nami, a grypę przecież można złapać wszędzie, przy czym przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie jak zaradziłabym tak trudnej sytuacji, gdybym była w niej zupełnie sama. Z dwójką chorych maluchów też pewnie byłoby o wiele trudniej. Obecnie zbieram siły. Chwilowo straciłam ochotę na dalekie wyjazdy, ale coś czuję, że ona wróci ze zdwojoną siłą i to nawet szybciej niż sądzę.

Polub stronę
Czarne plaże Viku

Czarne plaże Viku

Najpiękniejsze dla mnie chwile naszych islandzkich wakacji spędziliśmy właśnie tu. Czarnych plaż w pobliżu Viku jest kilka. Ta, tuż za samym centrum miasta, znana jest z widoku na Reynisdrangar – skał, które podobno w rzeczywistości są skamieniałymi trollami. Legenda mówi, że gdy wyciągały one na ląd trójmasztowy statek, zostały zaskoczone przez świt i na zawsze przemienione przez promienie wschodzącego słońca. Żal trochę biedaków, ale trzeba przyznać, że roztaczając wokół swoją magię, cudnie zdobią to miejsce. Drugą najbardziej znaną plażą jest, uznawana za jedną z najpiękniejszych  na świecie, Reynisfjara. Znana jest przede wszystkim z pionowych bloków skalnych i zbudowanej z nich jaskini. My najwięcej czasu spędziliśmy jednak tuż obok, na mniejszej i nie tak popularnej plaży Kirkjufjara, z której widok rozciąga się na łuki skalne i cypel Dyrhólaey (warto go odwiedzić dla latarni i niesamowitego krajobrazu). Czarne jak węgiel wybrzeże z zalegającymi na nim bazaltowymi skałami i rozsypanymi między nimi owalnymi, gładkimi kamykami wyglądało dla nas spektakularnie. A gdy jeszcze do tego chmury się rozeszły… coś fantastycznego. Wpatrywanie się we wzburzone fale, stąpając po czarnym piasku złocącym się promieniami zachodzącego słońca, jest moim najcenniejszym wspomnieniem. Muszę się przyznać, że w ogóle mam wielki sentyment do mórz i oceanów.  To  pewnie dlatego, że mieszkam w górach ;)

Continue Reading

Polub stronę
Islandia z dwulatkiem

Islandia z dwulatkiem

Bardzo długo zastanawiałam się jak zacząć. Islandia to miejsce niezwykłe, cudowne, magiczne… Oglądając nasze zdjęcia pewnie i tak nie uwierzycie w nic innego. Napiszę teraz coś bardzo mało blogerskiego i zupełnie niemodnego: te dwa tygodnie na Islandii były najbardziej wymagającą wyprawą na jakiej byliśmy. Bardziej nawet niż podróż dookoła świata, gdy przez cały rok wszystko co mieliśmy, mieściło się w dwóch plecakach (przy czym istotne jest, że byliśmy wtedy jeszcze we dwoje). Islandzkie ceny (ich wysokość narzuciła chyba jakaś pozaziemska cywilizacja) w zestawieniu z ulewnym deszczem i wiatrem, tworzą nie do końca wesołe warunki dla ludzi z małym, ruchliwym dzieckiem. No, może jednak odrobinę wesołe, bo wizja rozbijania namiotu w takich chwilach jest po prostu jakimś żartem. Tego jednak nie zobaczycie na zdjęciach z prostego powodu: ciężko robić zdjęcia, gdy deszcz zalewa Ci obiektyw, a wiatr wyrywa aparat ;) Ale koniec narzekania, bo tak naprawdę mieliśmy tylko trzy mocno deszczowe dni i po zmianie taktyki na „jedziemy nie ważne gdzie, byleby nie padało”, było naprawdę świetnie. Jak się bawiło Maleństwo? Jemu najmniej przeszkadzała deszczowa aura. Największe ulewy smacznie przesypiało w samochodzie, a gdy chmury choć na chwilę rozstępowały się, zakładało kalosze i cieszyło się skakaniem po kałużach, zajadając obowiązkowo lody. Spanie pod namiotem było oczywiście największym hitem. Drugim chyba po gejzerach, przy których Maleństwo mogłoby spędzić cały dzień bez najmniejszego znudzenia, i basenach geotermalnych, z których dobrodziejstw korzystaliśmy prawie codziennie. Pozostawiam Was zatem z pierwszymi kadrami z niesamowitej krainy lodu i ognia, rozpoczynającymi relację z naszej wyprawy. Jeśli trafiliście tu, bo zastanawiacie się nad kupieniem lotu właśnie w tym kierunku, pamiętajcie o tym, że nie wszystko było takie piękne i kolorowe na jakie wygląda. Zdjęć zrobiliśmy tysiące (chyba coś takiego jak nieudane zdjęcie z Islandii w ogóle nie istnieje), więc dajcie znać jak będziecie mieli już dość ;)

PS. Jeżeli ktoś szukał początku tęczy, mam dla niego dobre wieści. Gdzie indziej mogłaby się zaczynać jeśli nie właśnie tu? :)

Continue Reading

Polub stronę
Brighton

Brighton

Brighton, wbrew temu co sugerowałby poprzedni wpis (kilka osób zwróciło mi uwagę, że zdjęcia z plaży były i szaro-bure i chłodne), jest miastem pełnym barw. Mnóstwo w nim sympatycznych knajpek, maleńkich sklepików z rękodziełem i szalonych artystów, przechadzających się ulicami w odjechanych strojach. Jakby tego było mało, tuż przy plaży znajdują się niemożliwie słodkie, kolorowe domki. Widziałam takie już kiedyś na zdjęciach i bardzo chciałam zobaczyć je na żywo. W końcu się udało, z tą różnicą, że nie znalazłam ich pod malowniczym, skandynawskim fiordem, jak sobie wyobrażałam, ale na angielskim wybrzeżu kanału ;)

Continue Reading

Wpuszczeni w kanał

Wpuszczeni w kanał

W czasie wypadu do Londynu wybieramy się do odległego, o jedynie godzinę drogi pociągiem, Brighton. Miasto jest super klimatyczne, ale my odwiedzamy je przede wszystkim dlatego, że jest tu wybrzeże kanału La Manche. Cóż, nad morzem jest zawsze świetnie, nawet jeśli jest tylko kanałem ;) Nie wiem, jest coś takiego… może to ten szeroki horyzont i wiążąca się z nim wizja nieograniczonych możliwości. Mimo zimna, wiatru i kamienistej plaży czujemy się tu rewelacyjnie i chielibyśmy zostać na dłużej, o wiele dłużej i może nawet wcale już nie wracać do Londynu…

Continue Reading

Wyspy Perhentian: Kecil

Wyspy Perhentian: Kecil

Dziś o tym czy w raju naprawdę jest nudno. Słońce, złoty piasek, wiatr szeleści palmami, fala za falą rozbija się o brzeg… I tak bez przerwy, od rana do wieczora, a w nocy to samo, tylko w wersji z księżycem. Wieje nudą, nie? Oj nie dla nas :D Co prawda nie skaczemy tu na bungee, nie pieczemy w ognisku tarantuli na obiad i nie robimy właściwie nic super fascynującego, ale jesteśmy tu razem i ogromnie nas to cieszy. Czas mija nam na przytulaniu się, łaskotaniu, babraniu w piachu, pluskaniu w wodzie i poznawaniu przeróżnych ludzi robiących mniej więcej to samo. Fajnie mieć czasem taki leniwy dzień, czy nawet kilka. Jesteśmy wdzięczni, że możemy spędzać czas razem, w tej fantastycznej przestrzeni na końcu świata (wspomnienie nie do przecenienia w długie zimowe wieczory) i takiej możliwości życzymy również Wam :)))

Continue Reading

Wyspy Perhentian: Besar

Wyspy Perhentian: Besar

O wyspach Perhentian słyszymy sporo, jeszcze przed wylotem do Malezji. Wiele osób poleca nam wybrać się tam ze względu na rajski klimat: złoty piasek, błękitną wodę i wszechogarniający chillout. Inni odradzają z powodu tłumu turystów, braku autentyczności i ton walających się śmieci. Decydujemy się w końcu dać szansę rajskim wysepkom i nie żałujemy. Jako pierwszą wybieramy wyspę Besar, o wiele spokojniejszą niż słynąca z backpackerskich imprez Kecil. Jest tu wiele rodzin z dziećmi, światła gasną już o 22 (wieczory spędzamy przy rozgwieżdżonym niebie, które oglądane z nadmorskiej skały, wygląda tu szalenie magicznie) i wbrew przewidywaniom nie spotykamy tłumów! Jako, że malezyjskie wyspy po prostu stworzone są do nurkowania, Piotrek jest przeszczęśliwy i korzysta z okazji żeby kilka razy zejść pod wodę popodglądać rybki. Co robimy poza tym? Cieszymy się z każdej chwili, którą możemy tu spędzić razem, tarzamy się w piachu, poznajemy najróżniejszych ludzi i wariujemy z radości na widok niemalże każdej fali rozbijającej się o brzeg :)

Continue Reading

Wyspa Pangkor

Wyspa Pangkor

Najwyższy czas na pokazanie Maleństwu azjatyckiego morza! Na miejsce inicjacji wybieramy niewielką wyspę Pangkor, leżącą na zachodnim wybrzeżu Malezji. Płynąc tam promem zaprzyjaźniamy się z fantastycznym Australijczykiem Danielem, z którym prowadzimy wielogodzinne rozmowy i spędzamy większość czasu. Razem, z ogromnym zdziwieniem, odkrywamy, że Pangkor jest zupełnie niepopularny wśród zachodnich turystów, a i tych malajskich jest tu niewielu. Puste plaże, dzika przyroda i wyśmienite owoce morza, czego więcej moglibyśmy sobie jeszcze życzyć?

Continue Reading

 
Najnowsze wpisy

Nasz Mały Książę

21 października 2018

Małe święto

26 maja 2018

Jak zorganizować wyjazd na Mauritius

25 września 2017

Niech żyją wakacje!

18 września 2017

Pozdrowienia z gorącego południa

23 maja 2017