podróż z dzieckiem

TEST: Czy jesteście gotowi na pierwszą podróż z dzieckiem?

TEST: Czy jesteście gotowi na pierwszą podróż z dzieckiem?

To ostatni dobry moment, żeby złapać jeszcze jakieś promocyjne bilety na najbliższe wakacje. W związku z tym wiele osób pyta nas kiedy jest najlepszy czas i miejsce na pierwszą podróż z dzieckiem. My na nasz pierwszy wypad wybraliśmy się, gdy nasze Maleństwo miało dwa i pół miesiąca. Odwiedziliśmy wtedy kilka krajów Europy. Czy za wcześnie? Uważam, że to kwestia zależna od indywidualnych odczuć rodziców. Dla niektórych to idealny moment, a dla innych 2/5/7 lat to nadal za szybko, dlatego nigdy nie umiem odpowiedzieć na pytanie o tę idealną porę na wyjazd.

Nie chciałabym jednak pozostawiać pytających mnie osób bez żadnych wskazówek, więc po długim namyśle postanowiłam przygotować krótki test, który być może pomoże zdezorientowanym rodzicom odnaleźć się choć trochę w temacie. Jeśli więc znaleźliście właśnie bilety na koniec świata w super cenie i zastanawiacie się czy to dobra chwila, żeby zdecydować się na tą pierwszą, rodzinną podróż – ten test jest właśnie dla Was :D

PS. Dzięki wielkie Testportal! :)


Polub stronę
Zimowy Tel Awiw

Zimowy Tel Awiw

W ciągu pierwszych dwóch dni naszego wyjazdu do Tel Awiwu, zanim dopadła nas przebiegła grypa, zdążyliśmy raczej rzucić okiem na to miasto niż doświadczyć go w pełni, ale cieszymy się, że udało się nam uchwycić w kadrach choć te kilka chwil. Żałujemy trochę, że nie spieszyliśmy się zbytnio. Mocno relaksacyjnym tempem odwiedziliśmy, położony nad rzeką Jarkon, soczyście zielony park, będący największym parkiem w tym mieście, nieśpiesznie włóczyliśmy się zabudowanymi do granic możliwości ulicami, dziwiąc się ogromnie przedziwnym wytworom umysłów tamtejszych architektów, a gdy przyszedł czas na małe co nieco, daliśmy się uwieść smakom kuchni świata, które można tu znaleźć bez najmniejszego problemu, bo ilość knajpek, kawiarenek i restauracyjek jest gigantyczna. Najwięcej czasu jednak spędziliśmy delektując się morzem. A delektować się było czym, bo plaże ciągną się tu aż przez 14 km i bez wątpienia stanowią jeden z największych atutów tego bliskowschodniego Nowego Jorku.  Biorąc pod uwagę, że to plaże miejskie, byliśmy zachwyceni ich fantastyczną kondycją: szerokie, zadbane, rewelacyjnie zagospodarowane, a co najważniejsze: czyste. I ten piasek! Cudownie delikatny, drobny i miękki jak mąka. Myślę, że choćby dla tego wybrzeża warto by tu wrócić choć na kilka dni w okresie letnim, bo wyobrażam sobie jak musi być bosko, gdy wszystko oświetlone jest prażącym słońcem, a woda ma temperaturę znacznie wyższą niż jest potrzeba do „wchodzenia bez bólu”. No nic, tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby nacieszyć się tym zakątkiem świata (szczególnie żałujemy, że nie dotarliśmy do Jaffy – jednego z najstarszych portów morskich na świecie), ale mamy plan wrócić tu jeszcze i wycisnąć z niego wszystko co najlepsze. Do ostatniej kropelki :)

Continue Reading

Polub stronę
Bez fajerwerków

Bez fajerwerków

Tak bardzo chciałabym napisać o tym, jak wspaniale spędziliśmy czas w Izraelu: jak grzejąc się w promieniach prażącego słońca biegaliśmy po plaży, jak jedliśmy lody i włóczyliśmy się radośnie po mieście, o tym jak było magicznie i cudownie. Ale nie było. Niestety. Tel Awiw nas pokonał. Pierwsze dwa dni, mimo jesiennych temperatur, wiatru i pochmurnego nieba, były naprawdę udane. Rzeczywiście chodziliśmy po mieście, próbowaliśmy pysznych, bliskowschodnich przysmaków i odpoczywaliśmy na zielonej trawie. Sam Sylwester, tak jak się spodziewaliśmy, nie był hucznie obchodzony, więc spędziliśmy fantastyczny, zupełnie nieimprezowy wieczór, ciesząc się oświetloną światłami miasta plażą i słuchając szumu morza. Drugiego dnia wieczorem, sytuacja jednak zmieniła się diametralnie. Pojechaliśmy do naszej couchsurfingowej rodzinki, gdzie początkowo wszystko układało się dobrze – przyjęli nas fantastyczni Noa i Tsahi, z którymi przegadaliśmy całe popołudnie w czasie, gdy czteroletnia Tamara i nasz syn jedyny zajęli się zabawą. W pewnym momencie jednak Maleństwo dziwnie osłabło i chciało iść spać. Zanieśliśmy je do łóżeczka Tamary, a dwie godziny później dostało wysokiej gorączki, która nie opuszczała je przez kolejne dni. Gospodarze dali nam leki na zbicie temperatury (błąd! mogliśmy od razu użyć naszych, przywiezionych z Polski), które niestety spowodowały wymioty. Kolejną dobę spędziliśmy na siedzeniu przy łóżku gorączkującego Maleństwa, a w czasie gdy spało, na rozmowach z naszymi zatroskanymi hostami. Akurat trwał Szabat, więc po doktora nawet nie dzwoniliśmy. Na domiar złego, mała Tamara i Noah następnego dnia też zachorowały. To była grypa. Czuliśmy się z tym wszystkim ogromnie niekomfortowo, ale jednocześnie bardzo wdzięczni, bo w sumie lepiej chyba było chorować w domu u dobrych, pomocnych ludzi, niż w wynajętym pokoju, zdanemu tylko na siebie.

Po dwóch dniach na Couchsurfingu, przenieśliśmy się do kawalerki znalezionej wcześniej na Airbnb. Wyglądała bajecznie, ale ponieważ Izraelczycy raczej nie wyposażają domów w centralne ogrzewanie, wszędzie biło chłodem. Najgorsze jednak było to, że gdy przyszliśmy akurat lał ulewny deszcz i… woda kapała wprost z sufitu na nasze łóżko! Warunki, delikatnie mówiąc, mało sprzyjające powrotowi do zdrowia. Przeciekający sufit był kroplą, która przelała czarę goryczy. Poddaliśmy się. Od razu przebukowaliśmy bilety i jeszcze tej samej nocy (czyli po czterech dniach wyjazdu) wróciliśmy do domu. Lotu chyba nie chcę pamiętać. Obydwoje dostaliśmy wysokiej gorączki i dreszczy, a stewardessa poproszona o pomoc, nie podała nam nic na zbicie temperatury, bo „nie może, przecież nie jest lekarzem”. Całe szczęście Maleństwo, po opowiedzeniu mu chyba stu bajek, zasnęło i mogliśmy skupić się tylko na tym, żeby jakoś dotrwać do końca. Gdy tej nocy wróciliśmy do domu, położyłam się w naszym łóżku jako chyba najszczęśliwsza osoba na świecie. Było ciepło, sucho, Maleństwo spało bezpiecznie obok, a ja myślałam tylko o tym, co dobrego będę mogła jutro przygotować na śniadanie.

Gdzie popełniliśmy błąd? Nie wiem, może to wizyta na Couchsurfingu była powodem choroby. Tamara kilka dni przed naszym przyjazdem chorowała, ale wydawało się, że jest zdrowa, nawet chodziła już do przedszkola. I wątpliwe żeby choroba mogła rozwinąć się tak szybko. A może to kwestia chłodu w domach, albo wietrznej pogody? Pozostaje nam gdybanie. Coś poszło nie tak. Nie każda wyprawa jest cukierkowa, pełna uśmiechów na tle wodospadów i bajkowych zachodów słońca. Nie każda się udaje. Ta była dla nas pierwszą, którą musieliśmy przerwać i mam nadzieję ostatnią. Czy zraziło nas to do podróżowania z dzieckiem? Oczywiście, że nie. Tyle udanych wyjazdów za nami, a grypę przecież można złapać wszędzie, przy czym przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie jak zaradziłabym tak trudnej sytuacji, gdybym była w niej zupełnie sama. Z dwójką chorych maluchów też pewnie byłoby o wiele trudniej. Obecnie zbieram siły. Chwilowo straciłam ochotę na dalekie wyjazdy, ale coś czuję, że ona wróci ze zdwojoną siłą i to nawet szybciej niż sądzę.

Polub stronę
Czarne plaże Viku

Czarne plaże Viku

Najpiękniejsze dla mnie chwile naszych islandzkich wakacji spędziliśmy właśnie tu. Czarnych plaż w pobliżu Viku jest kilka. Ta, tuż za samym centrum miasta, znana jest z widoku na Reynisdrangar – skał, które podobno w rzeczywistości są skamieniałymi trollami. Legenda mówi, że gdy wyciągały one na ląd trójmasztowy statek, zostały zaskoczone przez świt i na zawsze przemienione przez promienie wschodzącego słońca. Żal trochę biedaków, ale trzeba przyznać, że roztaczając wokół swoją magię, cudnie zdobią to miejsce. Drugą najbardziej znaną plażą jest, uznawana za jedną z najpiękniejszych  na świecie, Reynisfjara. Znana jest przede wszystkim z pionowych bloków skalnych i zbudowanej z nich jaskini. My najwięcej czasu spędziliśmy jednak tuż obok, na mniejszej i nie tak popularnej plaży Kirkjufjara, z której widok rozciąga się na łuki skalne i cypel Dyrhólaey (warto go odwiedzić dla latarni i niesamowitego krajobrazu). Czarne jak węgiel wybrzeże z zalegającymi na nim bazaltowymi skałami i rozsypanymi między nimi owalnymi, gładkimi kamykami wyglądało dla nas spektakularnie. A gdy jeszcze do tego chmury się rozeszły… coś fantastycznego. Wpatrywanie się we wzburzone fale, stąpając po czarnym piasku złocącym się promieniami zachodzącego słońca, jest moim najcenniejszym wspomnieniem. Muszę się przyznać, że w ogóle mam wielki sentyment do mórz i oceanów.  To  pewnie dlatego, że mieszkam w górach ;)

Continue Reading

Przeprawa promem i Fiordy Zachodnie

Przeprawa promem i Fiordy Zachodnie

O tym, jak piękne i dzikie są Fiordy Zachodnie słyszeliśmy wiele. Nam podobały się niesamowicie, tym bardziej, że przez większość czasu towarzyszyło nam błękitne niebo, słońce w pełni i jedynie delikatny wiatr. Statystyki mówią, że dociera tu około 9% turystów odwiedzających Islandię, więc tłoku raczej nie ma, a i miejscowych nie spotkacie zbyt wielu. Gdy dotarliśmy na nasz kemping w Reykhólar, nastawieni na kolejną, wieczorną kąpiel w cudownym, geotermalnym basenie z widokiem na ocean, zdziwiliśmy się ogromnie: otwarte od 18 do 21. Szczęśliwie załapaliśmy się na ostatnią godzinę. Sympatyczna dziewczyna z recepcji poinformowała nas, że jest jedynym pracownikiem tego obiektu, a od 11 do 18 prowadzi centrum turystyczne, do którego zaprasza nas na poranną kawę. –Za tydzień wyjeżdżam na studia do miasta i nie mam pojęcia kto zajmie się basenem. Wiecie, na Fiordach Zachodnich nie żyje się łatwo. W zimie, z mieszkających tu 150 osób zostaje tylko 5. Wciąż brakuje nam rąk do pracy. Niezwykła dziewczyna w tym niezwykłym miejscu. Wyszła z pracy o 23, dopiero jak skończyła wszystko sprzątać. Surowy klimat i długie dystanse pomiędzy maleńkimi miejscowościami na pewno nie zachęcają do osiedlenia się tu na stałe, ale myślę sobie, że jeśli ktoś szuka niezwykłej przygody, czy pustelni do odnalezienia samego siebie to Fiordy Zachodnie są na to idealnym miejscem, tym bardziej, że pracy tu nie brakuje. Wszyscy zastanawiający się w tym momencie nad jakimś planem B, wiecie gdzie ewentualnie się udać ;)

Continue Reading

Laguny lodowcowe Jokulsarlon i Fjallsarlon

Laguny lodowcowe Jokulsarlon i Fjallsarlon

Czy istnieje coś równie bajecznego jak foki, baraszkujące między pływającymi w wodzie kawałkami lodu, którego kolor jest najbardziej błękitny jaki tylko można sobie wyobrazić? Takie cuda oczywiście na Islandii. Gdy dojechaliśmy kolejno do lagun Fjallsárlón i Jökulsárlón, niebo niestety zaciągnęło się zupełnie chmurami, wiatr wiał z właściwym sobie, islandzkim zacięciem, a po kilkunastu minutach dopadła nas paskuda ulewa. Nie muszę chyba pisać, że laguna lodowcowa nie jest najcieplejszym miejscem w jakim mogliśmy się akurat znaleźć. Zmarznięci i zmoknięci, a niektórzy z nas nawet odrobinkę podenerwowani, schowaliśmy się w nadbrzeżnym baro-sklepie z pamiątkami,  gdzie delektowaliśmy się bułką z masłem (tak, jedną), zapijaną herbatą (również w liczbie jeden). Niestety o dalszym robieniu zdjęć nie było już mowy, a tym bardziej o pływaniu amfibią (zawsze chciałam spróbować!) po lagunie. Czy mimo wszystko, dla tych 15 minut cieszenia się widokiem, warto było jechać taki kawał? Pisząc z perspektywy czasu, (siedząc w suchym, ciepłym fotelu i popijając pachnąca kawę) nie mam żadnych wątpliwości, że tak ;)

Continue Reading

Maskonury z Latrabjarg

Maskonury z Latrabjarg

Po lądowaniu na Islandii, kiedy tylko opuściliśmy samolot, z każdej strony zaatakowały nas wizerunki maskonurów: maskonury na pocztówkach,  maskonury na okładkach książek, maskonury pluszaki, maskonury breloczki… Podobizny przeuroczych ptaszysk panoszyły się wszędzie i zaczęłam mieć nadzieję, że potknę się o jakiegoś żywego przedstawiciela tego gatunku, gdy tylko opuścimy lotnisko. Niestety, nasze poszukiwania okazały się być długie, i przez kolejne dni kończyły się fiaskiem. Sympatyczne stworki udało nam się spotkać dopiero pod koniec naszej wyprawy, na Látrabjarg – znajdującym się na Fiordach Zachodnich, najbardziej wysuniętym na zachód miejscem wyspy i całej Europy. Żeby tam dotrzeć i je zobaczyć, zdecydowaliśmy się na ponad dwugodzinną przeprawę szutrową drogą, naszą wypożyczoną, nowiutką Fiestą. Zapłaciliśmy za to kilkoma odpryskami lakieru i oponą do wymiany, ale na osłodę tej ekspedycji mieliśmy towarzystwo niemieckich autostopowiczów i to co czekało nas na jej końcu, a były to całe stada maskonurów! Byliśmy przeszczęśliwi, ale najwięcej frajdy miało Maleństwo, które było ogromnie zafascynowane możliwością przyglądania się tym ptakom z tak bliska. Zwierzaki okazały się super słodkie, super miłe i super fotogeniczne. Nie wiele zwierząt tak chętnie pozuje do zdjęć, więc wybaczcie, ale z setek kadrów i tak ograniczyłam się możliwie najbardziej ;)

Continue Reading

Pola lawy

Pola lawy

Jeśli ktoś zapyta, co na Islandii wywarło na nas największe wrażenie, odpowiemy, że nie były to gorące gejzery, spektakularne wodospady, ani nawet potężne lodowce. A to dlatego, że wszystkie te rzeczy widzieliśmy już gdzieś, kiedyś i to co spotykamy teraz postrzegamy już zawsze w porównaniu do tego co przeżyliśmy wcześniej. Wyjątkiem są pola lawy. Niesamowite, zamieszkiwane przez tajemnicze trolle, ciągnące się po horyzont obszary, zupełnie czarne lub porośnięte soczyście zielonym, miękkim mchem. Pokrywają ogromny obszar, bo podobno aż 30% powierzchni Islandii. Patrząc na to, gdzie w ich pobliżu znajdują się wulkany, ciężko uwierzyć, że są tak rozległe. Ze względu na niepowtarzalny kształt i barwę, wykorzystaliśmy je oczywiście do kolejnej sesji dokumentującej dzieciństwo naszego Maleństwa. Jak bardzo bym nie narzekała na Islandię, kocham ją za to, że takie i inne nie-z-tej-Ziemii miejscówy, są niemalże za każdym zakrętem :D

Continue Reading

Reykjavik – Harpa

Reykjavik – Harpa

Przed przylotem na Islandię, zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po jej stolicy. Reykjavik kojarzył mi się jedynie z kościołem o dziwnej architekturze i niczym poza tym. Absolutnie nie jestem przeciwniczką kościołów, ani żadnych innych świątyń, ale jeszcze przed wyjazdem obiecałam sobie, że na moich zdjęciach spróbuję pokazać coś innego. Coś, co da choć odrobinę szerszy pogląd na to miasto, które jest przecież miastem kultowym, oferującym tak bogate życie nocne i artystyczne, że przylatują tu imprezować ludzie z Berlina, Londynu, Nowego Jorku i wielu innych miast. Wpisów pokazujących mój Reykjavik będzie kilka. W pierwszym z nich zamieszczam zdjęcia Harpy – fenomenalnego budynku Opery Islandzkiej, który zupełnie mnie oczarował. W 2013 roku obiekt dostał, przyznawaną co dwa lata, nagrodę architektoniczną Unii Europejskiej. Jego konstrukcja robi ogromne wrażenie. Znalazłam informacje, że: „elewacja zainspirowana jest naturą. Geometryczna struktura fasad nawiązuje do kolumn bazaltowych, które są charakterystyczne dla wulkanicznego pejzażu Islandii. Szlifowane szkło rozprasza w dzień odbicie portu i nieba, a po zmroku tworzy błyszczącą, mieniącą się milionami świateł kompozycję.” Nie dopisywałabym do konstrukcji Harpy, aż takich teorii, ale faktem jest, że to chyba najbardziej fotogeniczny budynek jaki widziałam i gdybym miała mieć sesję ślubną robioną na Islandii, był by obowiązkowym punktem na mojej liście.

Continue Reading

Złoty krąg i pierwsza noc pod namiotem

Złoty krąg i pierwsza noc pod namiotem

Po przylocie na Islandię, dwa dni spędziliśmy u naszych dobrych znajomych w Reykjaviku, a trzeciego dnia, pełni obaw o obiad i nocleg, wyruszyliśmy naszym wypożyczonym samochodem w drogę. Pierwszy na naszej trasie był oczywiście Złoty Krąg – zestaw atrakcji, do których dociera chyba każdy turysta przylatujący na Islandię. Składają się na niego przede wszystkim: park narodowy Þingvellir, w którym można zobaczyć miejsce, gdzie stykają się płyty tektoniczne – euroazjatycja i północnoamerykańska, gejzer Stokkur razem z aktywnym niestety jedynie sporadycznie słynnym Geysirem (od którego nazwę wzięły wszystkie gejzery) oraz wodospad Gulfoss, którego ogrom wywarł na nas największe wrażenie. Maleństwo największym zachwytem obdarzyło jednak Stokkur. Kilkuminutowe oczekiwanie na jego erupcję okazało się być bardzo fascynujące, a wybuch wywoływał już tylko falę krzyków, pisków, podskoków i ogólnej radości. Nie wiem jak długo musielibyśmy tu stać, żeby mu się znudziło. Późnym wieczorem dotarliśmy na jedno z najbliższych Geysirowi pól namiotowych – Brautarholt. Tam kupiliśmy karnet na 28 noclegów, możliwych do zrealizowania na kilkudziesięciu, rozmieszczonych na całej Islandii polach (http://campingcard.is/campsites/). W naszym tysiącgwiazdkowym hotelu było dość chłodno (temperatura w nocy spadła do około 5st.), ale dzięki inwestycji w super ciepłe śpiwory nie zmarzliśmy ani tej, ani żadnej innej nocy. Mimo pewnego dyskomfortu, z którym nierozerwalnie łączy się biwakowanie, byliśmy przeszczęśliwi widząc jak świetnie odnajduje w nowej sytuacji nasze Maleństwo. I co tu dużo mówić – najzwyklejszy makaron z sosem pomidorowym, który popijając zieloną herbatą, pochłanialiśmy w zawrotnym tempie, tak dobrze nie smakował już dawno :))

Continue Reading

 
Najnowsze wpisy

Pierwsza wyprawa do Azji we czwórkę

1 kwietnia 2019

Nasz Mały Książę

21 października 2018

Małe święto

26 maja 2018

Jak zorganizować wyjazd na Mauritius

25 września 2017

Niech żyją wakacje!

18 września 2017