Podczas gdy w górach pierwsze krokusy i przebiśniegi nieśmiało wychylają główki spod resztek topniejącego śniegu, w miastach wiosnę widać już bardzo dobrze. My pierwszą tak ciepłą sobotę postanowiliśmy spędzić w słonecznym Cieszynie. Chyba nikogo nie muszę przekonywać jak fantastyczne jest to miejsce. Maleństwo zaznało miejskich przyjemności typu karmienie gołębi, gubienie się w krętych uliczkach, czy podjadanie smakołyków w klimatycznych kawiarenkach. Mimo że to nie Singapur, mam wrażenie, że bawiło się równie dobrze ;)
Cieszyn, od kiedy przyjeżdżałam tu na odbywające się wiele lat temu Nowe Horyzonty, jest dla mnie magicznym miastem. Małe, kolorowe kamieniczki, kręte uliczki, uroczy rynek i ten niezwykły, przygraniczny klimat. Wracamy tu często i prawie równie często odwiedzamy przy tej okazji znajdującą się tuż za granicą Dobrą Czajownię. Żałujemy, że jest tak chłodno, bo nie możemy skorzystać z ogrodu harbaciarni, ale i tak jesteśmy wniebowzięci, bo gdy zbliżamy się do czajowni, siedzące w nosidle Maleństwo postanawia uciąć sobie codzienną drzemkę. Bez najmniejszego zakłócenia snu naszego synka udaje nam się ułożyć go wygodnie na poduszkach, a my mamy półtorej godziny żeby nacieszyć się atmosferą tego miejsca. U przemiłego Czecha zamawiamy zieloną herbatę i popijamy ją wsłuchani w sączącą się z głośników orientalną muzykę, celebrując przy tym każdą chwilę. Ze względu na Maleństwo nie bierzemy shishy, ale kupujemy dwie paczki rewelacyjnego tytoniu jabłkowego, który wykorzystamy pewnie w najbliższym czasie. Jeśli lubicie herbaty i herbaciany klimat polecam wpaść tu kiedyś przy okazji, drugiej tak dobrze pomyślanej czajowni nie znalazłam nigdzie indziej :)
Jak dojechać?
Adres czajowni to Střelniční 215/18, Czeski Cieszyn. Idąc z Polskiego Cieszyna należy przekroczyć granicę Mostem Wolności, który kończy ulicę 3 Maja (to ta schodząca w dół obok amfiteatru), a następnie iść dalej prosto przez 230m, czyli kilka minut. Czajownię znajdziecie po prawej stronie ulicy. Znajduje się w biało czerwonej kamienicy, a do wejścia trzeba zejść schodkami w dół.
Choć w większości miast pozostało już niewiele śniegu, a gdzieniegdzie widać nawet pierwsze wiosenne kwiatki, my wychodzimy z domu i po chwili znów jesteśmy otoczeni zimową aurą. Maleństwo odkryło w tym roku śnieg i jest oczarowane: rzuca śnieżkami, zjeżdża na sankach i pakuje biały puch do buzi, żeby doświadczyć go jeszcze mocniej. Jego rodzice natomiast, mieszkając już drugi rok w górach (a właściwie tuż obok nich ;) ) znów pokochali zimę :)
Kilka lat temu, w jakimś innym życiu gdy byliśmy jeszcze we dwoje, wybraliśmy się w naszą pierwszą podróż do Azji. Bilety, z wielomiesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy w Qatar Airways. Po doświadczeniach związanych jedynie z tanimi lotami w Europie, byliśmy zachwyceni: rewelacyjne jedzenie, super wygodne fotele, miła obsługa, do tego ekran z milionem filmów i mnóstwo gadżetów. Wszystko było idealne, ale… cały lot zakłóciła obecność jednego małego człowieka, kilka rzędów przed nami. Maluch miał jakieś dwa lata i darł się jak opętany. Nie wiem jak to możliwe, ale płakał CAŁY lot. Siedem nieskończenie długich godzin. Jego umęczona mama nosiła go na rękach, przytulała, karmiła – zestresowana i oblana potem robiła wszystko co mogła, ale nic, kompletnie nic nie pomagało. Możecie sobie wyobrazić atmosferę panującą wśród pasażerów… Najlepsze jest to, że dosłownie 30 sekund po lądowaniu, wyczerpany dzieciak zapadł w sen. Przeżyliście coś podobnego? Powiem szczerze, że to wspomnienie do dziś wywołuje u mnie przerażenie. Nie wiem dlaczego ten mały tak płakał: był chory, coś go bolało, a może po prostu nie mógł zasnąć? Nie mam pojęcia jak zachowałabym się będąc w sytuacji tej biednej matki, otoczona niechęcią pasażerów z płaczącym dzieckiem na ręku. Po kilku tego rodzaju przeżyciach postanowiłam dołożyć wszelkich starań, żeby takiej sytuacji uniknąć i udało się! Dzielę się zatem naszym doświadczeniem, z nadzieją, że i Wam się uda :)
Z wysp Parhentian lecimy już prosto do Singapuru, gdzie tym razem korzystamy z kanapy przesympatycznego Filipińczyka – Johna. Mamy cały tydzień żeby nacieszyć się miastem. Odwiedzamy dzielnice Chinatown, Little India, przeogromne ZOO i oczywiście słynne ogrody „Gardens by the Bay”. Singapur powala nas po raz kolejny. To państwo-miasto jest dla nas częścią świata przyszłości (czasem patrzę w górę na wieżowce i zastanawiam się, czy za chwilę nie zobaczę na latającym pojeździe jakiegoś uciekiniera z rodziny Jetsonów Hanny-Barbery ;) ). Z jednej strony sztuczny i plastikowy, z drugiej tak rzeczywisty, bo tętniący życiem ponad pięciu milionów ludzi, których tak liczna obecność na ulicach, w metrze, w knajpkach jest porażająca. Marzę o tym, żeby kiedyś tu zamieszkać, być choć przez chwilę częścią tego pełnego zapachów i kolorów azjatyckiego świata, ale się boję, że będąc tu na co dzień zupełnie umknie mi jego magia. Zobaczymy co przyniesie przyszłość, ale mam ogromną nadzieję, że w najgorszym wypadku wrócimy tu jeszcze nie raz.
Dziś o tym czy w raju naprawdę jest nudno. Słońce, złoty piasek, wiatr szeleści palmami, fala za falą rozbija się o brzeg… I tak bez przerwy, od rana do wieczora, a w nocy to samo, tylko w wersji z księżycem. Wieje nudą, nie? Oj nie dla nas :D Co prawda nie skaczemy tu na bungee, nie pieczemy w ognisku tarantuli na obiad i nie robimy właściwie nic super fascynującego, ale jesteśmy tu razem i ogromnie nas to cieszy. Czas mija nam na przytulaniu się, łaskotaniu, babraniu w piachu, pluskaniu w wodzie i poznawaniu przeróżnych ludzi robiących mniej więcej to samo. Fajnie mieć czasem taki leniwy dzień, czy nawet kilka. Jesteśmy wdzięczni, że możemy spędzać czas razem, w tej fantastycznej przestrzeni na końcu świata (wspomnienie nie do przecenienia w długie zimowe wieczory) i takiej możliwości życzymy również Wam :)))
Nasz błekitnooki chłopczyk jest w Azji niemałą atrakcją. W czasie wyprawy poznaje mnóstwo ludzi, z którymi zazwyczaj pozuje do zdjęć, wymienia co najmniej kilka uśmiechów i przybija piątkę. Gdy ma lepszy dzień dostaje nawet cukierki (o zgrozo!), macha na pożegnanie łapką i mówi coś na kształt „bye, bye”. Bliższą znajomość udaje mu się w końcu nawiązać na wyspie Kecil, ze względu na to, że zatrzymujemy się tu na kilka dni. Nowy kumpel ma na imię Daniel i większość swojego życia spędza w najbardziej bajeranckim centrum nurkowym na wyspie, gdzie pracuje jego tata. Innych dzieci raczej nie widuje i początkowo jest zszokowany istnieniem istoty swoich rozmiarów. Chłopaki szybko się zaprzyjaźniają i spędzają z sobą każdą wolną chwilę. Bawią się świetnie, a przy tym niemożliwie piszczą, rechoczą, chlapią wodą i sprawdzają sobie nawzajem zawartości uszu oraz nosów. W końcu przyjaźń nie zna granic ;)
O wyspach Perhentian słyszymy sporo, jeszcze przed wylotem do Malezji. Wiele osób poleca nam wybrać się tam ze względu na rajski klimat: złoty piasek, błękitną wodę i wszechogarniający chillout. Inni odradzają z powodu tłumu turystów, braku autentyczności i ton walających się śmieci. Decydujemy się w końcu dać szansę rajskim wysepkom i nie żałujemy. Jako pierwszą wybieramy wyspę Besar, o wiele spokojniejszą niż słynąca z backpackerskich imprez Kecil. Jest tu wiele rodzin z dziećmi, światła gasną już o 22 (wieczory spędzamy przy rozgwieżdżonym niebie, które oglądane z nadmorskiej skały, wygląda tu szalenie magicznie) i wbrew przewidywaniom nie spotykamy tłumów! Jako, że malezyjskie wyspy po prostu stworzone są do nurkowania, Piotrek jest przeszczęśliwy i korzysta z okazji żeby kilka razy zejść pod wodę popodglądać rybki. Co robimy poza tym? Cieszymy się z każdej chwili, którą możemy tu spędzić razem, tarzamy się w piachu, poznajemy najróżniejszych ludzi i wariujemy z radości na widok niemalże każdej fali rozbijającej się o brzeg :)
Jeszcze jedno miejsce w Kuala Lumpur, warte odwiedzenia z dzieckiem. Park jest zadbany, dobrze zorganizowany i naprawdę spory. Maleństwo z fascynacją obserwuje ptaki, karmi rybki i przeżywa bliskie spotkanie z wielkim, kolorowym ptaszyskiem (spojrzenia obojga na ostatnim zdjęciu mówią same za siebie ;) ).











Najnowsze komentarze