W związku z ogromnym szumem, który zrobił się wokół opublikowanego tydzień temu wpisu, odezwało się do mnie bardzo wiele osób. Samotnie wychowujące dzieci, podróżujące albo jeszcze nie podróżujące mamy przesyłały mi swoje historie, a znajomi oraz znajomi znajomych podrzucali linki do kolejnych fantastycznych blogów i powiem szczerze: nie mogę przeżyć, że te wszystkie niezwykłe opowieści dotarły one do mnie tak późno. Co więcej, wszystkie są niesamowite, ale czuję, że jednej z nich po prostu nie mogę zatrzymać tylko dla siebie. Długo myślałam co zrobić i zdecydowałam się dorzucić post, który jest pewnym sequelem wcześniejszego. Podróż Eweliny i jej maleńkiej córeczki o błyszczących, roześmianych oczach, jest pełna barw, radości i jakiejś niezwykłej harmonii. Przekazuję ją zatem dalej, z nieukrywanym żalem, że dotarła do mnie dopiero teraz.
O tym, że podróżować z dzieckiem można i warto, powiedziano już wiele. Coraz rzadziej dziwi widok rodziców podróżujących z maluchem, nawet w odległe miejsca. Postanowiłam iść o krok dalej i napisać o mamach (niestety, nie udało mi się znaleźć żadnego ojca, co w sumie jest zastanawiające), które wychowują dzieci samotnie i zabierają je na dalekie wyprawy. Jestem przekonana, że zorganizowanie wypadu przy zaangażowaniu dwojga dorosłych jest łatwiejsze i logistycznie i finansowo. Sama wiem, jak ciężkie chwile zdarzają się czasem w podróży, dlatego jestem pełna podziwu dla kobiet, które radzą sobie z tym w pojedynkę i co więcej, nie traktują tego jako czegoś nadzwyczajnego.
Przedstawiam historie czterech fantastycznych mam, które zdecydowały się zabrać swoje pociechy w podróż. Mam nadzieję, że dotrą one przede wszystkim do rodziców samotnie wychowujących dzieci, którzy przeżywają w tym momencie ciężki czas, a może nawet wątpią w to, że wiele jeszcze dobrych chwil przed nimi. Chciałabym, żeby ten artykuł był dla nich wsparciem i dowodem na to, że niemożliwe może stać się możliwe, więc warto dążyć do spełnienia marzeń. Z kolei dla rodziców, którzy wychowują dzieci we dwoje, a boją się z nimi podróżować, niech będzie tematem do refleksji i wielką porcją otuchy do działania.
Jeśli ktoś zapyta, co na Islandii wywarło na nas największe wrażenie, odpowiemy, że nie były to gorące gejzery, spektakularne wodospady, ani nawet potężne lodowce. A to dlatego, że wszystkie te rzeczy widzieliśmy już gdzieś, kiedyś i to co spotykamy teraz postrzegamy już zawsze w porównaniu do tego co przeżyliśmy wcześniej. Wyjątkiem są pola lawy. Niesamowite, zamieszkiwane przez tajemnicze trolle, ciągnące się po horyzont obszary, zupełnie czarne lub porośnięte soczyście zielonym, miękkim mchem. Pokrywają ogromny obszar, bo podobno aż 30% powierzchni Islandii. Patrząc na to, gdzie w ich pobliżu znajdują się wulkany, ciężko uwierzyć, że są tak rozległe. Ze względu na niepowtarzalny kształt i barwę, wykorzystaliśmy je oczywiście do kolejnej sesji dokumentującej dzieciństwo naszego Maleństwa. Jak bardzo bym nie narzekała na Islandię, kocham ją za to, że takie i inne nie-z-tej-Ziemii miejscówy, są niemalże za każdym zakrętem :D
Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale jest coś niezwykłego w tym samolocie. Niby większość zdemontowana: silnika brak, sterów brak, skrzydeł brak… ale jednak dla samej tej skorupy, będącej pośrodku czarnej, kamiennej plaży, warto tam pojechać. Historia wraku, na przekór sporego potencjału do sensacji, jest bardzo prozaiczna: Dakota wylądował tu awaryjnie w 1973 roku przerywając lot na trasie z Hofn do Keflaviku. Na pokładzie było kilka osób i szczęśliwie nikomu nic się nie stało. Samolot pozostawiony na pastwę losu był coraz bardziej demontowany, aż został z niego właściwie tylko kadłub, który jest w tym momencie super atrakcyjnym, choć odrobinę kontrowersyjnym obiektem turystycznym (więcej informacji na ten temat tu: http://islandianabis.blogspot.com). Ja należę do tych, którzy też gorąco polecają go odwiedzić, tym bardziej jeśli macie do dyspozycji samochód 4×4. My co prawda, naszą Fiestą jakoś daliśmy radę ;) Jeżeli też się zdecydujecie, żeby dotrzeć tam osobówką (bo jest to jak najbardziej do zrobienia!) radzimy jechać bardzo ostrożnie i fajnie jeżeli, w przeciwieństwie do nas, byliście na tyle ogarnięci, że wykupiliście wcześniej ubezpieczenie na drogi szutrowe (i dodatkowo szyby). Nam udało się wyjść bez większych szkód, ale różnie to bywa, więc jeśli nie macie ubezpieczenia, sami przekalkulujcie jak silne macie nerwy i przede wszystkim na pokrycie jakich ewentualnych zniszczeń pozwala Wasz budżet. Jak to mówią: ryzyk – fizyk ;)
Przed przylotem na Islandię, zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po jej stolicy. Reykjavik kojarzył mi się jedynie z kościołem o dziwnej architekturze i niczym poza tym. Absolutnie nie jestem przeciwniczką kościołów, ani żadnych innych świątyń, ale jeszcze przed wyjazdem obiecałam sobie, że na moich zdjęciach spróbuję pokazać coś innego. Coś, co da choć odrobinę szerszy pogląd na to miasto, które jest przecież miastem kultowym, oferującym tak bogate życie nocne i artystyczne, że przylatują tu imprezować ludzie z Berlina, Londynu, Nowego Jorku i wielu innych miast. Wpisów pokazujących mój Reykjavik będzie kilka. W pierwszym z nich zamieszczam zdjęcia Harpy – fenomenalnego budynku Opery Islandzkiej, który zupełnie mnie oczarował. W 2013 roku obiekt dostał, przyznawaną co dwa lata, nagrodę architektoniczną Unii Europejskiej. Jego konstrukcja robi ogromne wrażenie. Znalazłam informacje, że: „elewacja zainspirowana jest naturą. Geometryczna struktura fasad nawiązuje do kolumn bazaltowych, które są charakterystyczne dla wulkanicznego pejzażu Islandii. Szlifowane szkło rozprasza w dzień odbicie portu i nieba, a po zmroku tworzy błyszczącą, mieniącą się milionami świateł kompozycję.” Nie dopisywałabym do konstrukcji Harpy, aż takich teorii, ale faktem jest, że to chyba najbardziej fotogeniczny budynek jaki widziałam i gdybym miała mieć sesję ślubną robioną na Islandii, był by obowiązkowym punktem na mojej liście.
Po przylocie na Islandię, dwa dni spędziliśmy u naszych dobrych znajomych w Reykjaviku, a trzeciego dnia, pełni obaw o obiad i nocleg, wyruszyliśmy naszym wypożyczonym samochodem w drogę. Pierwszy na naszej trasie był oczywiście Złoty Krąg – zestaw atrakcji, do których dociera chyba każdy turysta przylatujący na Islandię. Składają się na niego przede wszystkim: park narodowy Þingvellir, w którym można zobaczyć miejsce, gdzie stykają się płyty tektoniczne – euroazjatycja i północnoamerykańska, gejzer Stokkur razem z aktywnym niestety jedynie sporadycznie słynnym Geysirem (od którego nazwę wzięły wszystkie gejzery) oraz wodospad Gulfoss, którego ogrom wywarł na nas największe wrażenie. Maleństwo największym zachwytem obdarzyło jednak Stokkur. Kilkuminutowe oczekiwanie na jego erupcję okazało się być bardzo fascynujące, a wybuch wywoływał już tylko falę krzyków, pisków, podskoków i ogólnej radości. Nie wiem jak długo musielibyśmy tu stać, żeby mu się znudziło. Późnym wieczorem dotarliśmy na jedno z najbliższych Geysirowi pól namiotowych – Brautarholt. Tam kupiliśmy karnet na 28 noclegów, możliwych do zrealizowania na kilkudziesięciu, rozmieszczonych na całej Islandii polach (http://campingcard.is/campsites/). W naszym tysiącgwiazdkowym hotelu było dość chłodno (temperatura w nocy spadła do około 5st.), ale dzięki inwestycji w super ciepłe śpiwory nie zmarzliśmy ani tej, ani żadnej innej nocy. Mimo pewnego dyskomfortu, z którym nierozerwalnie łączy się biwakowanie, byliśmy przeszczęśliwi widząc jak świetnie odnajduje w nowej sytuacji nasze Maleństwo. I co tu dużo mówić – najzwyklejszy makaron z sosem pomidorowym, który popijając zieloną herbatą, pochłanialiśmy w zawrotnym tempie, tak dobrze nie smakował już dawno :))
Bez wątpienia, jednym z najbardziej spektakularnych islandzkich cudów są wodospady. W czasie naszego dwutygodniowego wyjazdu widzieliśmy ich dziesiątki, jeżeli nie setki, bo mniejsze i większe spływające z gór strumienie, są właściwie wszędzie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że Islandia jest krajem z największą ilością wodospadów na świecie, a na pewno z największą ilością wodospadów w przeliczeniu na jednego mieszkańca ;) Wśród tak ogromnej konkurencji, moim ulubieńcem został Seljandfoss, cudowny wodospad, który można obejść dookoła. Uczucie, gdy widzi się przed sobą szumiącą ścianę wody jest tak niezwykłe, że porusza jakąś nieznaną, romantyczną część osobowości. Co tu dużo mówić – będąc tam, żałowałam, że oświadczyny mamy już za sobą :D Pół godziny drogi dalej, znajduje się inny, bardzo popularny na południu Islandii wodospad, Skógafoss. Jego ogrom robi niesamowite wrażenie. Przyznam, że psuły nam je odrobinę tłumy turystów, ale to jest właśnie cena, jaką płaci się jadąc w sierpniu dla „dobrej pogody” ;)
Bardzo długo zastanawiałam się jak zacząć. Islandia to miejsce niezwykłe, cudowne, magiczne… Oglądając nasze zdjęcia pewnie i tak nie uwierzycie w nic innego. Napiszę teraz coś bardzo mało blogerskiego i zupełnie niemodnego: te dwa tygodnie na Islandii były najbardziej wymagającą wyprawą na jakiej byliśmy. Bardziej nawet niż podróż dookoła świata, gdy przez cały rok wszystko co mieliśmy, mieściło się w dwóch plecakach (przy czym istotne jest, że byliśmy wtedy jeszcze we dwoje). Islandzkie ceny (ich wysokość narzuciła chyba jakaś pozaziemska cywilizacja) w zestawieniu z ulewnym deszczem i wiatrem, tworzą nie do końca wesołe warunki dla ludzi z małym, ruchliwym dzieckiem. No, może jednak odrobinę wesołe, bo wizja rozbijania namiotu w takich chwilach jest po prostu jakimś żartem. Tego jednak nie zobaczycie na zdjęciach z prostego powodu: ciężko robić zdjęcia, gdy deszcz zalewa Ci obiektyw, a wiatr wyrywa aparat ;) Ale koniec narzekania, bo tak naprawdę mieliśmy tylko trzy mocno deszczowe dni i po zmianie taktyki na „jedziemy nie ważne gdzie, byleby nie padało”, było naprawdę świetnie. Jak się bawiło Maleństwo? Jemu najmniej przeszkadzała deszczowa aura. Największe ulewy smacznie przesypiało w samochodzie, a gdy chmury choć na chwilę rozstępowały się, zakładało kalosze i cieszyło się skakaniem po kałużach, zajadając obowiązkowo lody. Spanie pod namiotem było oczywiście największym hitem. Drugim chyba po gejzerach, przy których Maleństwo mogłoby spędzić cały dzień bez najmniejszego znudzenia, i basenach geotermalnych, z których dobrodziejstw korzystaliśmy prawie codziennie. Pozostawiam Was zatem z pierwszymi kadrami z niesamowitej krainy lodu i ognia, rozpoczynającymi relację z naszej wyprawy. Jeśli trafiliście tu, bo zastanawiacie się nad kupieniem lotu właśnie w tym kierunku, pamiętajcie o tym, że nie wszystko było takie piękne i kolorowe na jakie wygląda. Zdjęć zrobiliśmy tysiące (chyba coś takiego jak nieudane zdjęcie z Islandii w ogóle nie istnieje), więc dajcie znać jak będziecie mieli już dość ;)
PS. Jeżeli ktoś szukał początku tęczy, mam dla niego dobre wieści. Gdzie indziej mogłaby się zaczynać jeśli nie właśnie tu? :)
Ostatnio często myślę o tym, jak cudownie byłoby gdyby nasze Maleństwo nigdy nie dorosło. Jest teraz wystarczająco samodzielne, a przy tym takie słodkie i radosne, uśmiecha się niesamowicie, uroczo wymawia każde nowe słowo, a na przebudzenie daje mi najsłodsze buziaki na świecie. Nie chcę, żeby poszło do przedszkola i stało się pyskatym dzieciakiem, później bezczelnym nastolatkiem, niezależnym studentem, aż w końcu… żeby odeszło na zawsze. Ktoś kiedyś powiedział mi, że dziecko to taki szczególny gość: pojawia się w domu angażując wszystkich wokoło, zostaje na kilkanaście lat, a potem odchodzi w świat i nie wolno go wtedy zatrzymywać. Co więcej, już jego pierwsze kroki są pierwszymi, które oddalają go od domu. Oczywiście to bardzo uproszczony model, ale coś chyba w tym jest. Jednocześnie tak trudno się nam do tego naszego gościa nie przywiązać. Szczególnie my, matki musimy mieć się na baczności! Dobrze znaleźć w sobie motywację, żeby nie zatracić się zupełnie w macierzyństwie, ale pielęgnować swoje pasje, przyjaźnie, może czasem nawet wyjeżdżać bez ukochanego maleństwa. Jeśli o to nie zadbamy, rośnie zagrożenie, że powoli, powoli nastąpi w nas przemiana w zgorzkniałą rodzicielkę, która grając na uczuciach swojego dziecka unieszczęśliwia je, bo „tyle przecież poświeciła (jak ja nie znoszę tego słowa), a Ty teraz: wyjeżdżasz/wolisz znajomych/zbyt rzadko mnie odwiedzasz!”.











Najnowsze komentarze